Żadna praca nie hańbi, opowiadanie.

W spóźnionym prezencie mikołajkowym, moje opowiadanie, prosto z głowy…

 

Dom stał w ogrodzie. Drzewa wybujałe od letnich deszczów kryły go szczelnie przed wzrokiem ciekawskich. Od strony ulicy przeświecały pobielałe ściany. Uruchomił srebrny przycisk domofonu.

– Słucham- głos wydał mu się miły. Przedstawił się.

-Już otwieram – słowom towarzyszył syk elektronicznego impulsu.

Albin pchnął drzwi. W ogrodzie owiał go zapach starego drewna, jakim emanują czasem wiejskie kościoły. Wszedł z rozgrzanej ulicy do enklawy przyjemnego chłodu. Wiadomo, że bogacze nie marzną i nie pocą się… Ruszył wyłożonym kostką chodnikiem. Dom miał duży taras, ocieniony markizami w pastelowych barwach. A może już zdążyły spłowieć? Nieregularne linie dzikiego wina zwieszały się malowniczo z dachu, dopełniając całości. Drzwi wejściowe otwarły się i wyszła ku niemu wysoka dziewczyna z niezdecydowanym uśmiechem. Ona też nie była pewna czy wypada się uśmiechać w tych okolicznościach. Była brunetką o krótko ostrzyżonych włosach. Fryzura i delikatny makijaż podkreślały rysy nieśmiałej dziewczynki. Miała na sobie bawełnianą koszulkę z zamaszystym napisem L.A.Woman i jasnoniebieskie legginsy.

– Zapraszam- powiedziała cicho.

Albin wszedł i nagle zdał sobie sprawę z całej sytuacji. Dotarło do niego po co się tu zjawił… Nie wiedział jak się zachować. Oboje byli zmieszani. Poprowadziła go do dużego salonu, wskazała miejsce na kanapie w stylu Ludwika Jakiegośtam, bez żadnych podtekstów. Zapanowała krępująca cisza. Zawisła w powietrzu, nad nimi i górą antyków, lub może podróbek? Słyszał jej oddech i przyspieszone bicie swego serca. Przez okazałe okna wpadał panoramiczny blask zachodzącego słońca. Podążyła wzrokiem za jego spojrzeniem, podeszła do okien i opuściła żaluzje. Półmrok, który zapadł jeszcze bardziej zwiększył napięcie.

– Napijesz się czegoś? – Zaproponowała.

– Czegoś zimnego – jego głos zabrzmiał skrzekliwie i ogarnęła go trwoga równa tej przed maturą.

– Oczywiście. Zrobię nam po drinku z lodem. Ja też czuję się zakłopotana – w końcu zdecydowała się, co do uśmiechu – mam na imię Agata. Pokazać ci dom?

– Nie, może potem…- znów przeszło mu przez głowę, że cała sytuacja jest idiotyczna i powinien stąd natychmiast wyjść. „Jakie potem? Jeszcze pomyśli, że jestem erotomanem i mam takie hobby!”

– Jak wolisz – ona była śmielsza – Jesteśmy sami przez cały weekend. Mój mąż wróci w poniedziałek. Pozwól, że strzelę sobie na odwagę! – Zaśmiała się dolewając wódki do szklanki – jak trochę wypiję mogę góry przenosić! A ty?

Nie przyznał, że po alkoholu zapada w letarg i jest do niczego.

– Wolę czerwone, wytrawne wino.

Przyjrzał się jej. Zgrabna. Mimo woli porównał ją z Weroniką. Drobne piersi, płaski brzuch i smukłe uda. Zauważyła, że ją ocenia, podniosła do góry szklankę, wypiła jednym haustem zawartość i znów się uśmiechnęła.

– Mój mąż w dzieciństwie przechodził zapalenie miedniczek nerkowych – zaczęła nagle – Lekarz sprawy nie przesądzał, ale po badaniach okazało się, że jest bezpłodny. Jesteśmy pięć lat po ślubie. Powodzi nam się nieźle. Najwyższy czas na dziecko.

– Chcesz, żebyśmy zrobili to jak najszybciej? Teraz?

Skinęła głową

– Potraktujmy to jak biznes. Umowę handlową. Widzisz kopertę na stole? Jest w niej suma, którą ustaliliśmy. Reszta po ostatecznym werdykcie lekarza. Dziś najlepszy dzień, mam nadzieję, że nie będzie trzeba powtarzać rendez vous. Gdyby jednak – ta sama kwota po raz drugi? Czy dobrze zrozumiałam?

– Tak – czuł, że zaschło mu w gardle. W lustrze na ścianie zobaczył swoje odbicie i omal się nie poznał.

Poprowadziła go do sypialni. Pożałował, że tu trafił, chciał powtórzyć drinka, ale ona mogłaby to uznać za tchórzostwo z jego strony. Skoro postanowił…

– Jesteś bardzo spięty, można by pomyśleć, że to twój debiut?

– Nie!

– Może przesadziłam z tą umową? – Roześmiała się. Właściwie była bardzo atrakcyjna.

– Przepraszam – wydukał.

Zaczęła go całować. Przytuliła się mocno. Pachniała dobrymi kosmetykami, miała aksamitne policzki. Jej usta były chłodne i zachłanne. Poczuł, że rozpina mu spodnie. Zdecydował, że to pora na przejęcie inicjatywy, jeśli chce zachować resztki godności. Pomyślał o Weronice i dzieciach, ale to mu nie ułatwiło sprawy. Nie czuł żadnego podniecenia tylko strach, że mu się nie powiedzie. Nie był przecież automatem, a wyrzuty sumienia robiły swoje i nie pomagało tłumaczenie, że jest zdesperowany i dawno podjął decyzję. Czuł się jak ostatnia świnia. Zerknął na jej piersi, dotknął ich. Cholera! Niejeden by mu zazdrościł. Może trzeba było wziąć coś na śmiałość? Kurewskie poczucie winy ściskało mu jaja i żołądek. Niech to szlag! Zdjął z niej koszulkę. Miała twarde piersi o ciemnych sutkach; znów pomyślał o Weronice, jej budyniowym ciele. Bał się, że jakakolwiek przyjemność popsuje całą transakcję. Usłyszał jej ciche westchnienie. Szybkim ruchem zdarła z siebie legginsy razem z majtkami. Stanęła przed nim naga i zarumieniona. Nie pamiętał, kiedy było tak z Weroniką. Zawsze gasił światło nim cokolwiek zdjęła. I ten ciasny gorset, szwabskiej produkcji, którego nigdy nie mógł z niej zdjąć. Miała dwa, nosiła je na zmianę. Jeden zdejmowała dołem, drugi górą. A on zawsze mylił się, co do kierunku. Szamotał się bezradnie z tym cholerstwem! Kiedyś uwięził jej piersi i ramiona na wiele potwornie długich minut. Był w rozpaczy. Nie wiedział, co robić, dłonie bezradnie biegały po śliskim materiale. W końcu postanowił go jej włożyć z powrotem, ale diabelstwo nie dawało się ruszyć z miejsca. W żadnym kierunku! Załamany myślał, że tak zostanie, całe wieki opleciona przez gorset, bez twarzy i piersi a on umrze obok niej z głodu i pragnienia. Agata była szczupła i spokojna. Żadnej przewalanki. Pociągnęła go za sobą na szeroki i miękki tapczan. Reszta przyszła sama i była milczeniem…

 

 

                                                               ***

 

– Mów mi Diana – powiedziała, zapalając papierosa. Jasne, bujne loki, ostry makijaż. Kiedy zasiadł naprzeciw niej zauważył, że ma na sobie mnóstwo tapety. Nie wzbudziła jego entuzjazmu, ale i nie odrzuciła na sporą odległość. W pokoju gościł przenikliwy zapach suszonych grzybów i jakichś ziół. Sznury z ćwiartkami suszących się kapeluszy obwieszały okna i przestrzeń między regałami. Na jednej ze ścian myśliwskie trofea. Skórzana kanapa i fotele, a w narożniku, nieco na uboczu, zaskakujący w tym otoczeniu fortepian. Salon był bardzo duży, z imponującym kominkiem.

– Grasz?- Wskazał na instrument.

– Wolałbyś pewnie wirtuozkę fletu – zarechotała tubalnie i chrypliwie. Miała na sobie białe spodnie i wydekoltowaną bluzkę w duże kwiaty. To z wnętrza jej dekoltu, spomiędzy ściśniętych obfitych piersi wydobywał się ten zmanierowany chichot. Jej opalone ręce pobrzękiwały licznymi bransoletami ze złota. Próbował określić jej wiek. Albo nieźle zachowana czterdziestka, albo zapuszczona trzydziestolatka, niestroniąca od używek i wesołego towarzystwa. Co jakiś czas dopadała go ostra, przenikliwa woń dezodorantu.

Kobieta była ruchliwa, stale poprawiała się w fotelu, odrzucała do tyłu włosy, podciągała do góry wciąż opadające bransoletki, jakby świadomie wybrała tę biżuterię, aby w jego obecności nie pozwolić sobie na bezczynność, choćby przez jedną krótką chwilę. Nagle wstała, opuściła pokój bez uprzedzenia, ale szybko wróciła z okazałą tacą, na której stały dwie wysokie szklanki z grubym dnem.

– Wódka plus Sprite z kilkoma kostkami lodu.- Oznajmiła- Trawisz coś podobnego?

– Wolę te rzeczy osobno, ale…

– Mam dużo lodu, bez obaw, wystygniesz, kiedy skończymy! – zarechotała ponownie.

Podjął szybką decyzję.

– Nalej mi samej wódki.

– Setka?

– Tak – od razu przechylił wszystko.

– Lubię konkretnych facetów, ale czy to ci nie zaszkodzi…no, wiesz?

Machnął ręką. Nagle, wraz z przypływem pustych kalorii, poczuł się panem sytuacji.

– Może przejdziemy do rzeczy?

– Tutaj?

– Na tym dywaniku może być ciekawie – wskazał na leżącą na ziemi skórę. – To twój stary ustrzelił?

– Daj spokój – roześmiała się – to z barana. Kto by tam do tryków naboje marnował?!

– Tryk, nie tryk, doprawmy mu rogi – zaczął rozpinać jej bluzkę. Miała pod nią czarne, koronkowe body, które próbowało bezskutecznie okiełznać obfitość jej ciała, początki miękkiego brzucha i szerokie biodra. Zamek od spodni zaciął się w połowie. Uderzyła go po dłoni filuternie.

– Ale z ciebie pechowiec!

Zdjęła mu wszystko szybciej niż on jej.

– Uwielbiam takich facetów, smagłych, bez grama zbędnego tłuszczu. Z dwojga złego lepiej gdy babka ma miękkie poduszki, co nie?- Rozgadała się, jakby zapomniała o ich kontrakcie. I nadal była w koronkowym futerale. To niebezpiecznie kojarzyło się ze zmaganiami w łożu małżeńskim…Albin chciał pójść na całość. Zsunął ramiączka, na szczęście ciemna koronka zjechała szybko i wygodnie do jej stóp. Poczuł jej dłonie na swoich piersiach, wbiła mu w skórę krwistoczerwone paznokcie. Wysunęła koniuszek języka. Lękliwie zastanawiał się, co z nim dalej zrobi.

– Miejmy z tego trochę przyjemności.

Delikatnie, a potem coraz natarczywiej gryzła mu skórę na brzuchu, klękając powoli…- mój stary jest rzeczywiście stary…i wiecznie zmęczony…niedawno założyli mu rozrusznik. Relaksuje się na wieży, czekając, nim ktoś podpuści mu pod lufę jelenia…I podnieca go tylko widok krwi, jak trzeba to, chociaż ze zwykłego kota…

Albin miał nadzieję, że ona ma na myśli fachowe określenie zająca…

Starał się nie syczeć czując jej kąsanie,…ale nie sprawiało mu przyjemności to, że robi z nim, co chce i całkowicie kontroluje sytuację…czuł się znów podle, niczym niedorostek, prawiczek, żigolak!

 

                                                        *

 

Ujmijmy to tak. W końcu oboje stracili kontrolę. W jego przypadku pozostał niesmak i uczucie wykorzystania. Po długiej sesji nie wiedział jak się uwolnić, jak przerwać jej zabiegi. Z widocznym upodobaniem kontynuowała sesję, wciąż niezaspokojona. Wypompowała go do cna.

– Uuaaa!- Wrzasnął, chcąc przerwać jej misterne zabiegi. Nie czuł rąk i nóg, nie mówiąc o innych, istotnych członkach…

– Cicho!- Pocałowała go namiętnie w szyję, właściwie ugryzła. Teraz nie myślał o tym, jak wytłumaczy liczne ślady na ciele żonie. Pragnął się uwolnić.

– Mój stary pomyśli, że robisz mi harakiri – parsknęła śmiechem, nie widząc widocznie różnicy między jego wrzaskiem a swoim.

– Co?! – Usiadł szybko na skórzanej kanapie, która kleiła się do skóry i przy poruszaniu wydawała ciamkające odgłosy – chcesz powiedzieć, że on tu cały czas…?

– A tak. Czuwa za ścianą. Trochę jak w „Podręcznej”, tym filmie…Zresztą, tę anegdotę znamy także z Biblii.

Kompletnie go zatkało.

– Jak przyszedłeś, oglądał coś na video, zdaje się „300”. Teraz może śpi. Albo nasłuchuje – zachichotała.

– Cały czas jest w domu?

– Dlaczego myślisz, że to niemożliwe? Do licha, to jego dom. – Usiadła mu na kolanach i sięgnęła po papierosa. – Co z tego? Nie jesteś moim kochankiem. Staramy się o dziecko, którego on mi dać nie może. Płaci za twoje życiodajne soki, których już w sobie nie ma. Może nigdy nie miał? Cholera go wie! Macho ze sztucerem pełnym ślepaków! On ma swoje polowania, ja swoje.

– Zaraz, umowa była inna…

– Co za różnica? Masz jakieś punkty drobnym druczkiem, których nie doczytałam? Wiedz, że dzieciak nie jest w tym wszystkim najważniejszy. Chodziło o dobrego ogiera. Spełniłeś swoje zadanie. Jak przy tej okazji coś jeszcze wyniknie on nie zaskarży cię do sądu. A ja? Cóż, ciąża działa stymulująco na organizm kobiety, może jest lepsza od pobytu w SPA? Poza tym teraz można te rzeczy łączyć, mają specjalne programy dla ciężarnych, na pewno skorzystam…W moim wieku to pewne ryzyko, zwłaszcza że od lat łykam pigułki!

– Oszukałaś mnie?

– Co znowu! Jesteś patriarcha wszego stworzenia, czy jak? Łatwiej ci rżnąć kobitki w celach stricte prokreacyjnych? Hobbysta!- Zaciągnęła się papierosem, nie zważając na jego oburzenie – Wreszcie, dzidziuś może by i scementował nasze małżeństwo, gdyby o coś w nim jeszcze chodziło,…ale oboje jesteśmy pozbawieni złudzeń. Jak chcesz być taki prawy, to przy następnym razie nie wezmę tabletki. Zadowolony? Chce cię zapewnić, że w pełni mnie usatysfakcjonowałeś i wszystko w porządelu. Chodziło o mocny seans. I nie rozczarowałam się. Kiedy robimy replay?

Zwaliła go na kanapę, jakby był całkowicie bezwolnym pajacykiem, siadła okrakiem na jego brzuchu. – Może powtórzymy wszystko od początku?- Zmrużyła szelmowsko oko.

– Daj żyć, nie jestem na musze hiszpańskiej!

– A co to takiego?

– Ledwo zipię!

– Tylko prawdziwego chłopa stać na takie wyznanie!

Chciał się jej pozbyć, zrzucić z siebie, ale była niewzruszona.

– Zaraz! Klient płaci i wymaga- położyła się na nim. Jej ciało było zimne i wilgotne. Zaczęła mu rysować jakieś znaki na piersi.

– Ja już nie mogę…

– Doceniam szczerość. Powiem więcej! Podnieca mnie ona!

Nie dała za wygraną. Jej dłoń zabłądziła na teren dolnych partii brzucha.

– Jeszcze zagrasz pod moje dyktando…- wyszeptała jakby do siebie. Jeszcze zakwitniesz nim wybuchniesz…

 

                                                         *

 

– I zrobiło się nieprzyjemnie- skwitowała, gdy zaczął się wreszcie ubierać. Nawet na prysznic nie miał siły. Ani czasu. Ani, broń Boże, ochoty.

– Nie jestem prostytutkiem. Kończyłem politechnikę. Nie ja tak urządziłem świat, że lepiej zarabiam dupczeniem niż w swoim zawodzie. Muszę z czegoś utrzymać rodzinę. Żadna praca nie hańbi, tylko bycie nędzarzem – Uniósł się honorem, choć jemu samemu wydało się to zbędne i śmieszne. Wycedził przez zęby, że przegięła.

– Tak się boisz o ten swój instrumencik, niebożę? Rozumiem, to w końcu narzędzie pracy, lepiej go nie …przeginać! Ale jaka to różnica dla ciebie, ojcze prokreacji?- Prychnęła- Forsa jest forsą. Niewiele straciłeś, a ile zyskałeś. I jeszcze masz szanse pozyskać!

– Myślałem, że pragniesz dziecka.

– Słowo daję, nudziarz z ciebie i hipokryta! Można by pomyśleć, że na przeszpiegi przyszedłeś, jako co najmniej wysłannik biskupa! Czy tylko po to uprawia się seks? Jesteśmy chyba dorośli. Dobra, możemy się umówić, co, ile razy i jak, skoro jesteś taki drobiazgowy…

Urwała, bo nagle do pokoju wszedł łysiejący facet w wojskowym podkoszulku i nieświeżych spodenkach gimnastycznych. Trzymał w zębach fajkę, a właściwie gryzł zapamiętale, jakby z niej czerpał energię życiową, którą zdawał się nie grzeszyć.

– Pan Albin Motlak, o ile się nie mylę?

Zapytany chrząknął jak uczniak przed odpowiedzią przy tablicy, dopiął spodnie i skłonił się. Nieśmiało wyciągając dłoń w jego kierunku.

– Tak. To ja.

– Proszę przeliczyć. – Facet podał mu zwinięte w rulon, spięte gumką recepturką banknoty. Wyglądał przy tym jakby sam nie umiał zliczyć do pięciu.

Albin wziął pieniądze zażenowany. Obok stała naga pani domu, bezpretensjonalnie paląc papierosa. Nagle poczuł, że w pokoju jest duszno. Schował pieniądze do kieszeni.

– Mam do pana zaufanie – wybąkał głupio.

– Ale ja nie mam go do pana! – Stwierdził facet groźnie nastraszając brwi.

– Ale ja nie mam go do pana! – Stwierdził facet groźnie nastraszając brwi. Był trochę podobny do Breżniewa, tylko mniej reprezentacyjny, niż pierwszy sekretarz, nieświętej pamięci.

Rzucił zaczepne spojrzenie żonie.

– Myślę, że ten RAZ wystarczy. Odprowadzę do wyjścia, skoro już się pan ubrał.

Nim zatrzasnął drzwi wymienili spojrzenia. Albin zobaczył wyblakłe, zmęczone oczy. W odruchu współczucia powiedział cicho:

– Przepraszam…

Wtedy zobaczył, że te oczy ściemniały, a punkciki źrenic ukłuły go jak sztylety.

– Spieprzaj, gnoju!

Poczuł się tak, jakby ten niedorajdowaty myśliwy kopnął go w dupę.

 

P.S. Dziękuję za uwagę!