Weekend

 

 

 

– Tak, ale, że co, bo nie rozumiem – zdenerwowała się Marianna.

Jej trzeba było wykładać równo, jak cegły na Mariensztacie. Jeśli coś leżało, to na pewno nie stało. Było płaskie, albo okrągłe, wolała znać złą prawdę niż najpiękniejsze kłamstwo. Nie znosiła gierek słownych, bo uważała, że to strata czasu. jak coś się miało wydać, to wychodziło na jaw w najgorszym momencie! Siedziały na kanapie, a kot obserwował je zielonymi oczami, przyczajony pod kaloryferem. Znów zaczęli grzać, było zimno, wiosna miała więcej pomysłów na siebie niż Seweryna.

– Pożycz mi stówę, chociaż, do końca tygodnia. -Pisarka wkroczyła na swój poziom odrywanych słów, bo zawsze tak miała, gdy czegoś potrzebowała. – Miesiąca. Oddam coś po weekendzie.

– Nie masz forsy?

– Zero na koncie. Debet. A jeszcze mnie cisną za siłkę, że nie zapłaciłam w tym miesiącu, bo nie mieli z czego uszczknąć.

– Po co ci ta siłownia, chcesz wyglądać jak ta narciarka- wyczynówka, same żyły i bicepsy, jak jakiś facet?

Marianna popijała łyczkami z małej filiżaneczki, choć już wiedziała, że potrzebuje drugiej takiej samej „małej czarnej”. Kto wymyślił te ociupinki na samo zwilżenie gardła i języka? I dlaczego ludzie rozsądni tej manii ulegali?

– Nie ćwiczę, bo na ostatniej zumbie to prawie zeszłam na zawał po dziesięciu minutach rozgrzewki, siara jak po smoku wawelskim, zepsute powietrze dla ogółu, musiałam ubawić te lachy, które się bez końca rzeźbią jakby życie polegało wyłącznie na prężeniu łydek do fot i prezentowaniu talii albo przewiewu między udami, na instagramie. Już mi z nimi nie po drodze, sorry Winetou, ale za to jak fajnie mogę szpanować kartą członkowską? Każdemu ją pokazuję, wiesz? Robi wrażenie.

Marianna pokiwała ironicznie głową.

– No, ja myślę, za stówę, albo i ponad…

– Ponad.

– …to se możesz wrażenie robić, jak ta lala! Stuknięta lala, w dodatku!

Seweryna wiedziała, że brnie w temat, który nie leży przyjaciółce, bo była na niego zbyt dosłowna, i racjonalna. Poza tym wysoka, szczupła, zgrabna, atrakcyjna! Jej nigdy nie przytrafiało się coś takiego. I ona z pewnością nie potrzebowała intrygujących gadżetów, dla podbudowania poczucia własnej wartości.

– Od pół roku płacę, ale nie chodzę, bo mi głupio. Rozumiesz?- Wyznała ze skruchą pisarka, bo szczerość to była jej marka.

– Wywiórkuj się z tego!- Dla Marianny istniały proste rozwiązania, i ona nigdy nie miewała dylematów. Chyba, że dotyczyły jej wiecznych kłopotów z facetami. Ale i na tym polu wyciągała wnioski, i modyfikowała swoje oczekiwania, by doświadczenie nie poszło na marne.

– I tak po wypowiedzeniu jeszcze dwa miechy mam w plechy.- Seweryna miewała przebłyski przytomności umysłu, ale zwykle nie zwracała na nie uwagi.

– Tym bardziej! Snobizm za ponad stówę? Serwer, ty jednak jesteś debilką!

– Dobrze, pożyczysz mi, czy nie? Mam znów Seba prosić!? Ja se mogę nie jeść, ale mam kota i jestem za niego odpowiedzialna.

Marianna spektakularnie popukała się w czoło.

– Ten kot to ci jak dziura w głowie potrzebny. Ty od byłego pożyczasz? Matko i córko! Jak można tak nagle nie mieć nawet kamienia pod dupą?

– Można! Poszłam do sieciówki, i wywaliłam ostatnie skitrane dwie stówy na waciki!

– Zwariowałaś?

– Potrzebowałam tego! Wyobraź sobie- rano patrzę w lustro, to powiększające, wiesz…

– I po co? Tylko dołuje, ja mam zmniejszające. Przynajmniej nie widuję co dzień tych kraterów wulkanicznych na moim piegowatym nosie!

– Dobra, może se kupię zmniejszające, jak będę miała za co!

Dla Marianny niedole przyjaciółki były zawsze o kilka rozmiarówek przesadzone.

– Dam ci, bo mam dwa.

– Dobra, nie było rozmowy!- Zareagowała impulsywnie Seweryna. Zwykle krócej molestowała unormowaną finansowo przyjaciółkę, toteż nie musiała wykazywać pokładów cierpliwości i udawać, że przykazania z jej strony traktuje jak dekalog, i zapamiętuje.

– Ojej, coś taka nadwrażliwa, jak pierwsze śniegi!- Marianna pociągnęła za suwak w torebce, która przypominała bagaż podręczny, do samolotu.- Mam tylko dwadzieścia złotych- przejrzała portfel i kieszonkę z boku.

– Daj!

– Co możesz z dwudziestakiem zrobić- wydęła usta Marianna, jak zawsze pragmatyczna.

– Na pewno więcej, niż bez niego! Ciekawe życie! Kupię jaja, ziemniaki(a wczesne są już po 4 złote za kilo!, droższe niż jabłka, i w porywach- banany!), cebulę bo dobra na wybuchy niekonTROLLowanych uczuć, oraz… Nie! Kupię saszetki dla kota, ja mogę nie jeść, mam pierwszorzędną bułkę tartą i wodę z kranu, bo mi jeszcze nie zakręcili.

– Nie płacą ci za książki?

– Rany, jaka ty jednak jesteś nieżyciowa! Siedzisz se na salarce w korpo, i nie wiesz nic o pracy dorywczej, dla przetrwania. Nikt ich nie kupuje, i nie czyta, wyobraź sobie!

– Ten kot to ci potrzebny jak dziura w głowie – powtórzyła Marianna – a jaki niesympatyczny, jak go chciałam pogłaskać, to mi łapą machnął, cudem zdążyłam się usunąć.

– Co? Jeszcze mi kota wypominasz? Mam do kogo gębę otworzyć, i nie kłóci się ze mną, nie peroruje, i nie dobija swoim cholernym zdrowym rozsądkiem! Się mogę do futra przytulić, bo jest duży. A tego potrzebuję, bardziej jak lusterka, które zmniejsza moje wory pod oczami, i moje placki różowych plam, na czole! A ja ?Co? Wiosna przyszła, jest pięknie, przynajmniej w porywach(wczoraj było prawie dziesięć stopni, o trzynastej!) A ja, co? Sama łażę na spacery! Bo wszystko wokół wirtualne.

– Przecież koło ciebie bezustannie jest tłum facetów!

– Taaa? Widzisz te tłumy? Bo ja nie. Jakbym chciała z kimś, to nie ma nikogo!

– No, sorry, ale nie jesteś chyba wyposzczona?

To słowo zabolało Sewerynę. Bo ona zwracała uwagę na słowa, bardziej niż ktokolwiek.

– Co ty wiesz? Ja już nie pragnę baletów i erotycznych siedemnastu mgnień wiosny! Chciałabym czasem, tak zwyczajnie, żeby mnie kto na kawę zaprosił, do kina, albo na wernisaż…

– A Wiktor? Mówiłaś, że jest ok.

– Tak, tylko, że ja nie umiem tak. Zakochuję się w  nim, i dlatego powinniśmy się przestać widywać! Bo on mnie nie postrzega erotycznie, rozumiesz, jakbym była kumplem, facetem, albo siostrą.

– No, ale na wernisaże…?

– Ja muszę być ciągle zakochana, tak mam.

– Sama sobie przeczysz…

– Widzisz, mi nie zależy na seksie, ale …trochę bym chciała, tak…no, pocałować się, poprzytulać, przy okazji tych wernisaży. A z Wiktorem to odpada. On mnie bardzo lubi, i nic ponadto. A ja tak nie potrafię, już mi nawet jego głos zaczyna się podobać, i po kiego? Się wkręcam, a bez przyszłości, bez sensu, bo on woli długonogie, wysokie blondyny…

Marianna musiała dociekać, bo dedukcja to było jej drugie imię.

– Zaprasza je na wernisaże?

–  Kurcze! Co ty z tymi wernisażami? Czy ty nic nie rozumiesz? Ile można samej łazić do parku? To się z Sebem spotykam, przynajmniej się znamy. On mi ostatnio powiedział, że gdybym się tak latami nie upierała, żeby dzieci nie mieć, to byśmy dalej razem byli. A ta jego Beatka to…wiesz, intelektualnie mu nie wystarcza.  No i on mi nie wylicza. Pożycza, jak proszę, na wieczne oddanie! Dwadzieścia złotych to kupa forsy, jeżeli taki tęgi umysł, jak porucznik Columbo mógł zasuwać na jajach na twardo, to ja też dam radę!

***

Fragment powieści „Figa z Ma(r)kiem”, w przygotowaniu

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.