Uśmiech zimy. Ślady życia.

Nota od wydawcy:
„Uśmiech zimy” Pierwsza z czterech części cyklu „Ślady życia”. Berenika Popielewska, rozwódka, matka dwójki dorosłych dzieci, otrzymuje spadek po swoim dawnym kochanku, znanym artyście malarzu, Maksymilianie Styksie – posiadłość w maleńkiej podlaskiej wsi – Naboków. Musi spełnić tylko jeden warunek: zamieszkać tam na rok. Oprócz tego dostaje coś jeszcze – pendrive’a z zapiskami i nagraniami malarza, które powinna poznawać przez kolejnych trzysta sześćdziesiąt pięć dni. Hasłem do otwarcia jego wspomnień i refleksji jest zagadkowe słowo, jakim zwracał się do niej przed laty.

AKCJA:
Zaskoczona i zaintrygowana Berenika zostawia swoje dotychczasowe życie i wyjeżdża na zasypane śniegiem Podlasie. Jeszcze nie wie, że dom, który odziedziczyła, zwany przez miejscowych „dworem”, jest niezwykły. Dzieją się tu dziwne rzeczy: jedne przedmioty znikają, pojawiają się inne, a pod lasem snują się niepokojące cienie. Czy Berenika wytrwa w postanowieniu, czy machnie ręką na spadek i wróci do Poznania?

Zasadniczo nie lubię, gdy wydawca zdradza coś już na wstępie, negocjowałam w tej sprawie, ale… To, że kochanek nie musiało być zdradzone w pierwszym zdaniu! Całość składa się z czterech części, tak jak cztery pory roku, a ja jestem mamą czwórki dzieci. Bo im, moim ukochanym dzieciom, dedykowałam najnowszy projekt. I przy tej okazji zastanawiam się, do jakiej pory roku przyrównać każde z nich. Zima to mój najstarszy lutowy syn, Jakub. Zarazem pragmatyczny i romantyczny, wrażliwy i konkretny. Zdolny do wszystkiego, co jest w jego przypadku zaletą. Od zawsze primus inter pares. Jest wykształconym, rozsądnym człowiekiem, dobrym organizatorem, troskliwym mężem i ojcem. W jego przypadku monochromatyczność zimy, w opisach, jest przewrotnym wybiegiem na manowce wyobrażni. Bo emocjonalnie składa się z wielu kolorów, jest bogaty wewnętrznie, równie systematyczny co impulsywny. Wiosna to moja córka, Alicja. Artystka. Bogata wewnętrznie, skryta, pozornie chłodna i wyrafinowana. Urodzona w maju, kiedy świat pięknieje z dnia na dzień. Czasem chaotyczna, co wynika z duszy i wewnętrznego nieopanowania światła. Wystarczy wsiąść do jej samochodu, by pojąć jak pracuje jej umysł, który skupia się na tym co jest, a nie co było, lub nadejdzie. Z sercem na dłoni, dla zwierząt. Wegetarianka z przekonania. Lato to mój najmłodszy syn, Konrad . Urodzony w upalnym sierpniu. Też artysta, który ciągle szuka swojej drogi. I ufam, że ją odnajdzie. Muzyczny eklektyk i filmowy koneser. Nie zadowala go byle co! Zdolny, ale czasem leniwy. Wiele pomysłów, chaos, i rezygnacja z trudnych wyborów. Umiejętności i brak dyscypliny. Dopóki szuka, wierzę, że odnajdzie! I sekunduję mu w każdym momencie! Jesień uosabia środkowy syn, Grzegorz. Wie czego chce, i to realizuje, punkt po punkcie. Zaradny, opanowany, krytyczny, wierny. Dojrzały emocjonalnie, doświadczony samouk. Fachowiec z wyboru. Przy nim ściszam głos, i bywam sobą tylko w połowie, bo mnie potrafi przywołać do porządku. A i tak obrywam marne cenzurki! Jestem z niego dumna, bo świetnie układa swoje życie, zazdroszczę mu spokoju i konsekwencji.

„Ślady życia” to trochę przygoda z samą sobą. Powieść inna niż moje wszystkie poprzednie. Zmaganie z materią słowa, powstaje jak patchwork, składa się z wielu elementów, i jeszcze nie wiem, dokąd mnie samą zawiedzie. Berenika to trochę moje alter ego. Naboków to rodzaj czyśćca, przez jaki przechodzi, a ja wraz z nią. To zmaganie z wielokulturowością podlaskich smaków, nie tylko w „Smaku zimy”. Jeszcze nigdy nie zakładałam, że podołam tak dużemu przedsięwzięciu.

Fragment „Uśmiechu zimy”:
„Obecną sytuację uważała za w miarę ustabilizowaną, nie musiała bezustannie pożyczać od dzieci i mogła od czasu do czasu wesprzeć skromną sumką koleżanki, które poświęcały swój czas i środki na bezdomne zwierzaki. Była szczęśliwa, choć mieszkała z apodyktyczną matką i ojcem z kompletną demencją. Miała córkę Edytę z narzeczonym Stachem i jeżem pigmejskim zamiast wnuka, oraz syna Bartłomieja, którego żona, Iga, spodziewała się pierwszego dziecka. Była w związku z facetem, niejakim Brunem, alkoholikiem utrzymującym się na wysokiej stopie życiowej dzięki zajęciu ghostwritera, który bezustannie wyjeżdżał – a to do Emiratów Arabskich czy Kuwejtu, a to do Meksyku lub Tajlandii (zastanawiała się, czy tam mieszkali autorzy, za których pisał?), skąd przywoził jej oryginalne prezenty w rodzaju pikantnych erotycznych gadżetów, z którymi nie wiedziała co zrobić. Że niby taki dowcipny! Upychała po szafach, kilka razy coś cichcem wyniosła do pojemnika z używaną odzieżą. Nie zamierzała tego wykorzystać; gdy kiedyś go skrzyczała, że mógłby przywieźć dobre wino albo ser, do czarnych koronek sporadycznie zaczął dołączać parmezan i chianti. Koronki, owszem, zatrzymywała, nie wiedząc, czy kiedyś trafi się jej okazja, by założyć, bo kochanek miał zwyczaj spadać jak Zeus w postaci złotego deszczu na Danae (czyli raczej nieoczekiwanie) i zazwyczaj nie była przygotowana na randki. Jej bogobojna matka znalazła kiedyś lateksowy pas i bicz, razem z tandetnymi, diamentowymi ostrogami. Wypadły z szafy, kiedy szukała u córki całych rajstop, bo szła akurat do lekarza. Dziurawe nosiła z powodzeniem na co dzień, ale do lekarza wypadało założyć „te lepsze”. Starsza pani była tak zdumiona znaleziskiem, że wyniosła cały ekwipunek na światło dzienne, czyli położyła na dużym stole w salonie, gdzie za szafą leżał od kilku lat jej małżonek, mocno podupadły na zdrowiu, a nade wszystko zrezygnowany. Od dawna chorował na łuszczycę, przestał się leczyć, kategorycznie odmawiał kolejnych pobytów w szpitalu. Każde jego wyjście z pieleszy znaczyła ścieżka suchych skórek, sypiących się z kraciastego porannika. Postanowił więc wychodzić wyłącznie w przypadku „grubej potrzeby”, cieńszą załatwiając do butelki po mleku, z którą w razie konieczności wychodził zza meblościanki, niczym królowa angielska z kosztowną torebką.”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.