Szczęśliwego Nowego Roku!

W ramach noworocznych postanowień, że odtąd wszystko będzie u mnie lśnić, i każda rzecz się uda, uruchomiło mi się noworoczne ADHD.  Zainagurowałam ten stan pieczeniem razowca! Mąka żytnia, drożdze, letnia woda, czary mary. W cieple mego, pełnego nadziei serca, ciasto wyrosło przepięknie. Dumna, wyrobiłam jeszcze trochę i przełożyłam do solidnej żeliwnej formy po babci, która służyła kiedyś do wypieku babek piaskowych. Ryzykowna nazwa, bo kto lubi jak mu zgrzyta? Nawet jeśli jest nadmorski?

 

Pamiętałam o umieszczeniu naczynia z wodą w piecu, by ciasto było wilgotne. Wszystko według obrządku! W trakcie pieczenia kilkakrotnie zaglądałam przez szybkę w piekarniku, pełna obaw. Wyrosło cudownie, po nacięciu nożem pękło wzdłuż grzbietu, wprost marzenie, nie chleb! I co? Po kwadransie opadł jak stary kutas! I nic go niestety nie podnieciło! Wyglądał jako tako, ale po rozcięciu? Zakalec na palec! Wiem, tak się odmierza  rozwarcie przy porodach! Ja zawsze miałam na pół palca, i jak się, niby, przez ten właz dla dżdżownic, miała światu objawić główka dziecięcia? To było ujście na wzdęcia! (Taka dygresja)

W tak zwanym międzyczasie rzuciłam się do rozmrażania mojej poświątecznej, pustej lodówki. Gdyż hulał w niej przeciąg, niczym halny w górach, i jak on na wierzchołki gór, natrafiał na przedpotopowe stalaktyty lodu! Niebywale wprost piękne, ale bez przesady, nie mogę zamieszczać zdjęć wszystkich zjawisk w moim domu! Mimo, że nie powstydziłaby się ich kopalnia soli w Wieliczce!

Jako, że nie stać mnie na posiadanie inteligentnej lodówki, musi wystarczać  mój własny spryt, toteż nim zanurzyłam się w wannie na regenerującą kapiel, przewidziałam zalanie połowy kuchni, i obłożyłam biedaczkę ręcznikami, że wyglądała jak zesłaniec. Po umiejętnym zdrapaniu resztek prowiantu starannie wymyłam półki. Ze sprzątaniem u mnie jest tak, że jak się zacznie to nie można skończyć. Nagle wychodzą, niczym trupy z szafy, potwory zaległości dziejowych w temacie.  Gdy poczęłam segregować zapasy na zimę, odkryłam ( o radości, iskro bogów!) przyczajone figi i daktyle, które jeszcze moja mama nieboszczka zachomikowała, żeby złodziej nie znalazł. Kogoś nimi planowała uraczyć, ale wybór sierot był tak obfity, że ją to przerosło.

Zakalec w chlebie mógłby święcić triumfy na pokazach rzeźby, online! Ale go nie zaprezentuję, bo się wstydzę. 😉 Skorupa bochenka ( to właściwe określenie) wygląda pięknie, po rozkrojeniu niespodzianka, z wyglądu orzechowy nugat (nutella?), czyli jedwabista masa, w sam raz do uszczelniania okien, zamiast kitu! Gdybym nie posiadała plastikowych. Niejeden współczesny twórca dostrzegłby w tym wyczynie potencjał. Pretekst do urządzenia wernisażu, połączonego z licytacją. Zgłosiłabym ten chleb do Fundacji Turnera, gdyby nie to, że już go do połowy zjadłam, i nadal żyję! Niepowtarzalne doznania smakowe!

Ale nie poprzestałam na tym! Coś mnie dopadło, by upiec makowiec. Ale miałąm też ochotę na jabłecznik.  To zrobiłam dwa w jednym. Kupiona masa makowa była tak zabójczo słodka, że postanowiłam ją przełamac musem jabłkowo-mirabelkowym, własnego pomysłu, który jest świetnym suplementem witaminy c.  Postanowiłam wymieszac produkty w dzikim szale, ciasto zagniotło sie wspaniale;  jogurt, mąka i cukier, budyń waniliowy, olej, wszystko zagniotłam, rozwałkowałam…ooops! Jaja osobno ubite odłożyłam, i zapomniałam! A poza tym nie dodałam proszku do pieczenia. A, co mi tam! Wymieszałam proszek z jajami, i już wyłożone w foremce ciasto polałam tą miksturą, nakłuwając uprzednio widelcem podłoże. Na to esy floresy , na przemian  z masy makowej i musu z duzymi kawałkami  owoców, wierzch obsypałam sparzonymi  rodzynkami.

Załadowałam do piekarnika, pi razy oko, na temp. 200 st, w termoobiegu, i… poszłam pisać… Zużle które wyglądają jak jagody to rodzynki!

Więcej grzechów dzisiaj nie popełnię, mam nadzieję. Witaj NR 2021, u mnie po staremu. Normalka, z wiatrakami walka! To dobrze, bo bym sama siebie nie poznała!

P.S. nie mam dziś tupotu białych mew, obudziłam się o siódmej, poleżałam z kotem do 9. Cisza raniła uszy. Wczoraj już od czternastej trwały kanonady petard. W rezultacie po pólnocy nic nie było widać, bo dym i smród nie opadł, i wyglądało jak na polu bitwy. Ogromny żal zwierząt. Ile zginęło ptaków? Jaki to musiał być dla nich koszmar?

P.P.S.Może jestem nienormalna, ale niczego w Sylwestra nie piłam. Ani tradycyjnej „umoczki” szampana. Pierwszy raz w dorosłym życiu byłam śpiąca już przed północą. I niewinna jak w dzieciństwie.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.