Śnieżka, czy Królowa Śniegu?

 

Święta Bożego Narodzenia kojarzą mi się z bajkami, które prezentowała telewizja w zamierzchłych czasach mego beztroskiego dzieciństwa. Z rozrzewnieniem wspominam śnieg, i okres ferii świątecznych, pomaganie mamie w kuchni, pełnej zapachu grzybów, z których wyrabiała farsz do uszek. Potem one pływały w wigilijnym barszczu ukraińskim. Brat mielił maszynką na korbkę mak i twaróg, który był przeznaczony na sernik.  Podjadaliśmy rodzynki, orzechy, figi, i drobno pokrojoną skórkę pomarańczową, którą mama smażyła w cukrze, na dwa tygodnie przed świętami. Nikt mi nie bronił łasuchowania, bo byłam niejadkiem, i cieszyli się, gdy cokolwiek jadłam. 

We wigilię, wczesnym popołudniem pokazywano bajki, by dorośli mogli spokojnie przygotować wieczerzę. Rano ubieraliśmy choinkę a potem zasiadaliśmy przed telewizorem, z radosnym niepokojem czekając na wieczerzę.

Najlepiej zapamiętałam rosyjską wersję „Królowej Śniegu”z 1966 roku, zaś zła Królowa była dla mnie uosobieniem kobiecego piękna, zimnej, okrutnej perfekcji, i w dziecku jakim wówczas byłam strach walczył z fascynacją.  Wiele razy prezentowano ten film we Wigilię, a ja niezmiennie byłam nim zachwycona, tak jak na zawsze pozostał we mnie sentyment do melancholijno-lirycznych bajek Andersena, w których podświadomie wyczuwałam wyjątkową wrażliwość autora, unikalną delikatność i osobliwy smutek. Z filmu zapamiętałam do dziś wiele scen, i z wielkim wruszeniem obejrzałam go po wielu latach! Wciąż wzbudza we mnie zachwyt, umiejętnie przemieszany z grozą. Na zawsze utknęła w pamięci Pani Kałamarzowa, sam Andersen- Narrator, piernikopodobny obraz miasta, i wszystkie postaci, idealnie dobrane, utożsamiane z tworami nieokreślonej do końca dziecięcej wyobraźni.

Niedawno odkryłam, że w 1957 roku powstała animowana, rosyjska wersja bajki o Królowej Śniegu, i jak się przekonałam „toczka w toczkę” do niej podobna. Czyli musiała być ideą, wcieloną w kadry, już jako fabularny film z aktorami. Niektóre sceny są podobne, a tytułowa bohaterka bardzo przypomina zimnobłękitą postać z wersji wigilijnego wspomnienia, mojego dzieciństwa.

Dużo gorzej było z disneyowską „Królewną Śnieżką”, która poznałam w przedszkolu lub wczesnej podstawówce, kiedy tato zabrał mnie do kina „Gong”, na poranek z bajkami, w pewną magiczną niedzielę. Chodziliśmy tam wiele razy, mama w domu szykowała obiad, a ja byłam zachwycona, nie tylko towarzystwem ojca, ale i samymi filmami, długometrażowymi. Tak poznałam disnejowską wersję „101 dalmatyńczyków”, „Kota w butach” i „Śpiącą królewnę”, najbardziej ukochaną ze wszystkich bajek, lecz zapamiętaną z tekstu Janiny Gillowej, nagraną na często wówczas odtwarzaną na adapterze, płytę. Jakież było moje wzruszenie, gdy po latach usłyszałam ją w odświeżonej wersji. Zderzenie dziecinnych wspomnień, tak odległych, i nowa jakość dźwięku, a jednocześnie te same głosy, muzyka, doskonale wbite w wydeptane ścieżki pamięci. Tożsame, a jednak inne!

„Śnieżka”, miała przedwojenny dubbing, co słychać w (nieznośnej dla mnie) manierze śpiewu głównej bohaterki, której głos podkładała Maria Modzelewska, żona i muza Hemara. Archaicznie brzęcząca orkiestra, z charakterystycznymi rytmami rodem z międzywojennych szlagierów „Starego kina”, które mnie fascynowało znacznie później, za sprawą programu Janickiego, tajemniczego i elokwentnego pana w ciemnych okularach. Chór Czejanda w piosence „Hej ho” ma swój urok, ale wówczas te piosenki i dużo muzyki i tańca niespecjalnie przypadły mi do gustu, po prostu się na nich nudziłam. Robiło wrażenie wiele zwierząt, towarzyszących bohaterce, oraz jej buciki na obcasie. 

Obejrzana po latach nadal drażni dubbingiem, i wolę oryginalną wersję, ale nasuwa skojarzenia z innymi filmami, z okresu kina niemego, na których się musiała wzorować.  Teraz myślę, że gdyby królowa przybrała postać sympatycznej, jowialnej staruszki, byłaby straszniejsza. Zarazem skuteczniejsza. Scena przemiany w wiedźmę przywodzi na myśl przeistoczenie Jekylla w Hyde’a, z wersji niemej anno domini 1020 roku. Doskonale podpatrzone, palce dłoni stają się wydłużone, krogulcze…  Wielce ryzykownym był ów zabieg, w filmie dla dzieci, które skądinąd uwielbiają się bać!

Z kolei zamek i podziemne lochy oraz rzeka przypominają podziemia opery paryskiej, z niemej wersji „Upiora w operze”, z Lonem Chaneyem w roli tytułowej. Widać inspirację tymi obrazami, u twórców „Śnieżki”, w której groza została „rozcienczona” w dłużyznach choreograficznych. 

 

„Nakarm swoje oczy moją szopetotą!”

Zawsze ze współczuciem myślałam o postaci bezimiennego Upiora. Całą winą Fantoma była jakaś choroba genetyczna, która mu zniekształciła rysy. Poza tym był zdolnym i wrażliwym muzykiem, nagonka tłumu słusznie go wzburzyła. Dziś można tę opowieść odczytać na nowo, pomóc mu, zaakceptować, a nie wyłącznie potępiać… 

Dziś króluje Lodowa Kraina, inna od bajek mojego dziecństwa, a także świetnie properujący marketing okołofilmowy, ale to całkiem inna bajka, niekoniecznie poruszająca serce.

Bardziej portfele…

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.