Ołtarz natury

W pierwszy dzień świąt dotarłam do mostku, który pięknie udekorowała zmienna temperatura i wiatr.

Sople zwisały w zwartym szyku, szkliły się w słońcu.

Skojarzeń mnóstwo, kandelabry, struny, organy, płoty i mleczne lizaki.

Wiatr je pokrzywił, ruszając z posad, ileż to wymagało podchodów, topnienia w cieple i tężenia w mrozie.

Te frędzle sopli, chwiejne i krzywe, robiły niesamowite wrażenie.

Niebo prześwietlało je błękitem, a perspektywa zmieniała w architekturę.

Za barierkami szalał morski żywioł, fale rozbijały się z chlupotem, co rusz spadały na ciekawskich , dreszczem zimna, słone krople.

Biegałam wzdłuż tej dekoracji i pstrykałam, ogóły i detale.

Świadoma, że miejsce będzie trwać, ale pozbawione tej nietrwałej, kruchej urody.

Że uwieczniam coś niepowtarzalnego.

Mój zachwyt przebrzmiał razem z wiatrem.

Został w pamięci, i na zdjęciach, jego wyjątkowy obiekt.