Kołobrzeg to stan umysłu!

 

Zdumiewające są WSZYSTKIE moje tutejsze doznANIA.

Miasto nad morzem, a morze od roku, bez względu na porę, wita mnie listopadową flautą. Kolor nieba szary, wody też. Nieruchome dwie popielate płaszczyzny, jeśli nie liczyć pluskania pojedynczych faleczek o brzeg, w pobliżu drewnianych pali falochronów. Dlatego zazwyczaj nie łażę po plaży, bo już mi się nie chce, tylko siadam na jednym z pieńków, i słucham tego cieniutkiego chlupotu, okraszanego krzykiem mew. Wokoł mnie emanuje rybi zapach, swojski, tranowaty. Brak wiatru, czasem unosi się mglisty aerosol. Ludzie posłusznie noszą maseczki, ale kiedy chodzą pojedynczo, w sporych odległościach od siebie ( szeroka plaża to umożliwia), z reguły obsuwają je na brody. Kijki w ruch! Lepiej się oddycha. Jakiż jest sens chodzenia nad morzem w maseczce?

Podróżuję pociągiem, bo autobusy mnie dobiły, kiedy o czwartej nad ranem jeden nie przyjechał, najzwyczajniej, i bez odwołania! Dopiero kolej  mnie poratowała, zabrała do celu, po wielu godzinach opóźnienia. Osiem godzin w plecy! W wagonach linii zachodniopomorskiej, niebieskich, albo biało-niebieskich, lub pomarańczowych, Regio. 

C.d.n.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.