Kiedyś tu była dżungla.

Kiedy ja urzędowałam w Krzesinach wszystko rosło jak szalone.
Nieważne, że samo i jak chciało.
Motyle przylatywały na wypas.
Snuł się wszędzie podagrycznik i szczaw.
Koło kompostu rosła dzika róża i miała jesienią piękny głóg.
Nie było kleszczy, mimo gęstych zarośli!
Przez kilka sezonów wyczaiłam jednego.
Szedł po mojej nodze i było mu bardzo głupio.
***
Wiele się zmieniło.
Pomnik byłego ogrodu.
Teraz nie ma dżungli.
Mięty ani śladu.
Jest kompost i cisza.
Wygolone trawniki.
W tym roku ani jednego jabłka!
Zero smardzów i wcięło zielone szparagi.
Tylko bluszcz się w końcu zabluszczył na dobre.
Pogoń za kleszczem i mrówcza kontrabanda.
Psssst!
Dzieci rządzą ?
(Pora umierać?)
***
P.S. Tak, wiem. Nie należy się wtrącać do madrego rządzenia.
Hubert ma piaskownicę i już z jednym kleszczem się spotkał, na szczęście nim go zaatakował.
Wnuczek wie, że dżdżownice są pożyteczne i każdą „gąsieniczkę” zanosi na łopatce do kompostownika, który jest całkowicie naturalny, łącznie z dartymi wytłoczkami po jajach.
Mój dziadek Józef, ekolog z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, cieszy się.
A kiedyś był wyśmiewany za skorupki od jajek.
Wszystko zostaje w rodzinie.
Normalne.