J23 znowu nadaje!

 

Serial stary ale jary.

Nie wnikam w zgodność historyczną, i czy na przykład możliwa była współpraca komunistów z AK.

Cieszy wspaniała ścieżka dźwiękowa, emocjonujące zwroty akcji i znakomite aktorstwo, również w epizodach.

Dla mnie coś, co zawsze powraca w wielkim stylu.

***

Serial ten poprzedzały spektakle teatralne, nagrywane na żywo w studio, i też już przeszły do legendy, choć przyznaję, poszczególne epizody nie mają takiego tempa i nerwu, jak serial.

Jedną z aktorek, które szczególnie zapadły mi w pamięć była Wiesława Mazurkiewicz z odcinka „Podwójny Nelson”, grająca też w epizodzie teatralnym „Łączniczka z Londynu”. 

W ogóle serial obfitował w piękne kobiety, które stawały na drodze agenta J23. W małych aktorskich zajawkach pojawiła się między innymi Jolanta Zykun (dwukrotnie), panowie: Kazimierz Kaczor, Marek Barbasiewicz, Olaf Lubaszenko, czy Krystyna Feldman. Dobrze się ogląda te młode twarze, znając ich późniejszy dorobek. W wielu rolach wystąpiło mnóstwo znakomitych aktorów, czołowe nazwiska sceny i ekranu. Igor Śmiałowski, Krzysztof Chamiec, Gustaw Lutkiewicz, Ignacy Machowski, Bronisław Pawlik, Zdzisław Mrożewski, Józef Nalberczak, Marian Opania… Nie sposób wymienić wszystkich wielkich, naprawdę wielkich.

Realizatorzy nie ustrzegli się pewnych błędów, które wychodzą na jaw za …nastym razem ;), ale to w niczym nie umniejsza rangi całej produkcji, raczej przysparza jej rumieńców. Kilka rzeczy nie daje mi do dziś spokoju, między innymi Iwa Młodnicka w roli Ewy Fromm, która trafia do gestapo, jest przesłuchiwana i torturowana, a potem znienacka (dałabym głowę, że to ta sama aktorka!) pojawia się w sanatorium w Lisku na wieczorze tańcującym i rozmawia z oficerem Abwehry!

Po wielu latach Patryk Vega zmierzył się z nielada wyzwaniem, próbując odgrzać emocje z losów kapitana Klossa z Abwehry i  gestapowca Brunnera.

Z tej próby bez szwanku wyszli tylko czołowi aktorzy i ich kultowe postaci, reszta ekipy albo miała za wielką tremę, albo po prostu za bardzo chciała.

Film odebrałam z mieszanymi uczuciami. Pomysł wskrzeszenia niezły, idea scenariusza też, ale…

Tych ale byłoby co najmniej kilka. Jak to u Vegi, który tworzy kontrowersyjne filmy, i ma tylu zwolenników co wrogów.

„Stawka większa niż życie” to niewątpliwie epokowy evergreen kultury masowej! Podejrzewam, że żaden z naszych współczesnych seriali nie jest w stanie mu zagrozić.

Współczesna moda na tasiemcowe seriale zjada własny ogon, w scenariuszach pojawiają się takie „związkowe ” absurdy, że dech zapiera!

Konieczność śledzenia przez lata dziejów jakiejś rodziny skłania twórców do sięgania po tanie chwyty i zatraca prawdopodobieństwo losów.

Czyni to wszystko wybujałym i śmiesznym. Uwielbiamy puenty, a jeśli jest ich wiele i żaden z wątków nie wygasa tylko się na jakiś czas przyczaja, nabieramy słusznych podejrzeń, że w absurdach nie ma sobie równych. Jeśli coś nie ma końca, zwykle zatraca swój sens. 

Z przykrością stwierdzam, że serial „Ojciec Mateusz” też już mnie nuży, a jego rola edukacyjna i publicystyczna działa na nerwy.

Po prostu co za dużo to niezdrowo!

Dlatego z ulgą wracam do starych filmów, choć oczywiście nie wszystko co było przetrwało w równie dobrej kondycji, ciesząc się wysoką oceną.

Serial „W labiryncie” , który niedawno próbowałam sobie przypomnieć zdecydowanie trąci myszką i jest równie wyprany z emocji, jak taśma, na której go skopiowano i wrzucono do internetu- zetlała, w burych, nieciekawych kolorach. Tylko nieliczne kreacje aktorskie zasługują na uwagę, reszta wygląda tak, jakby sami odtwórcy nie mieli za bardzo czym się popisać. Śmieszne są niektóre realia, choć w tamtych czasach takie były. To rodzaj paradokumentu dla dociekliwych, warstwa fabularna jest miejscami naiwna i nieporadna. To tylko moje zdanie, niczego nim nie przesądzam.

Jednak nie wszystko co dawne równie nieśmiertelne i znakomite.