Echa dawnej solówki. Dokończenie opowiadania pod choinkę.

 

 

Ciąg dalszy.

 

Tymczasem graliśmy w byle jakich, zadymionych salach. Początkowo za mizerne pieniądze, albo tylko jako ekwiwalent żarcia i noclegu. Przemieszczaliśmy się w dziwne miejsca, aż z upływem czasu i wzrastaniem poczucia pewności siebie zaczęło się to zmieniać. Zyskaliśmy lokalne uznanie, zaczęto nam płacić normalny hajs, stać nas było na lepsze instrumenty, i grę na reprezentacyjnych salach. Dorobiliśmy się pyskatego i upartego menagera, który twardo negocjował, bo sam miał z nas niezły zysk. Mój ojciec grywał do tańca na promie, z jazzowym ansamblem. Posiadał certyfikat muzyka. Coś tam poświadczone. Czasy się zmieniły, choć były to lata niespokojne. Solidarność, strajki, potem stan wojenny. Ale na estradzie liczył się power i papiery poszły w kąt. Oceniano to co widzialne i słyszalne. Dlatego byliśmy rozchwytywani. Nie graliśmy komuś wbrew, ani na pokaz, by coś udowodnić. Nie pozwoliliśmy się wprzęgać w polityczne roszady. Byliśmy naiwni ale i szaleni, zwierzaki sceniczne. Którym niestety powoli uderzyła sodówka do łbów! Wraz z coraz wyższym wynagrodzeniem rosło nasze wariactwo. Sława zobowiązywała. Działaliśmy publicznie, i nasze wygłupy też bywały spektakularne. Czasem aż korciło, by dać popis. Szczeniackie zgrywy kończyły się regularnymi  bijatykami, zaczepialiśmy autochtonów na prowincji, prowokując i nie cofając się przed konsekwencjami. Bywało, że i komisariat zaliczaliśmy, i opłacanie szkód w lokalu. Może nie zalewaliśmy całych pięter w hotelach, jak członkowie zespołu Led Zeppelin, ale potrafiliśmy zostawić po sobie niezły bajzel.

W takim euforycznym czasie poznałem Anię, moją żonę. Może nie imponowały jej moje skłonności do demolki i destrukcji, ale niejednokrotnie widziałem w jej oczach uznanie, gdy paru gościom zasadziłem prozaiczną fangę w nos, ot tak, edukacyjnie. Na wszelki wypadek, i żeby na mnie nie szemrali. Gra na perkusji wyzwala w człowieku nie lada potencjał. Wszystkie kończyny muszą być wydajne. Każda z nich robi co innego, podczas występu. Byłem szybki, sprężysty i umięśniony. Miałem kondycję, by nie tylko grać, ale i odstawiać kilkuminutowe solówki, i tracić na wadze nawet kilogramy, gdy  wokół robiło się szczególnie gorąco. Niosła mnie adrenalina. Piłem sporo, o wiele za dużo, bo mi stawiano, a potem znowu ja stawiałem, wszystkim naokoło. Gdy mnie z nagła poniosła na manowce dzika fantazja! Stać mnie przecież było! Szybowałem potem w knajpach, przestawiając nosy i krzesła za barem.

A moi rodzice?

Cóż… teraz wiedziałem co mogli wówczas czuć. Zrozumiałem to po wielu latach. Te niby wyprawy do kolegi, i powroty po dwudziestej trzeciej… Te programowo niedotrzymywane obietnice. Niby, że można było dotrzymać. Technicznie i etycznie. Ale… No cóż,

… życie niekiedy bywa brutalne.

Młodość musi się wyszumieć.

Komu potrzebne  ataki werbalne?

Starsi nie zaczną nagle rozumieć.

Wspólnie pisaliśmy dla naszej kapeli teksty- protest songi. I takie o życiu. Że pędzi i gna, jest niepowtarzalne, i żadnej chwili nie da się powtórzyć. Bo i po co? Wystarczy gnać przed siebie, byle szybciej, i dalej! Obowiązywał festiwal wrażeń i emocji. Dlatego musieliśmy żyć na maksimum! Do utraty tchu. Do…  upadku? Ilu przed nami, i po nas, śpiewało i grało podobnie?

Ameryki nie odkryliśmy.

O tym dobrze wiemy.

Pomrzemy, bo się zrodziliśmy.

Wpierw tantiemy zgarniemy.

Siedzieliśmy sobie z kolegą Krzyśkiem, naszym długowłosym, zespołowym gitarzystą, w pakiecie z wokalem. Ubrani w skóry gęsto nabijane ćwiekami. W buty robione dla nas, na zamówienie. Z chmurami na obliczach, pozujący na gwiazdy. Czarne, rebelianckie widma. Piliśmy, gadaliśmy, paliliśmy jakieś świństwa. Tak zwane pobliże wypełniały wiecznie pałętające się przy nas laski, reagując kaskadami śmiechu lub głupim chichotem na byle zdanie, całujące i lepiące się do nas, jakbyśmy byli wysmarowani konfiturami. Amatorów do grzania gnatów w naszym blasku nie brakowało, a to nie był ogień z byle kominka w jakimś romansidle. Sami się kreowaliśmy, bo nie było wówczas internetu.

Nasze wyjścia na piwo zwykle miały dziwne finały. Tak jak celebry po koncertach… Chyba wówczas nie używano jeszcze słów after party. Przypomniałem sobie jedną z takich historii… Tańce, hulanki, swawole, o ja pierd…

Ocknąłem się rankiem, wtulony w cycki jakiejś kobiety, która na upartego mogłaby być moją matką. Młodość szybko ocenia, i szacuje. Bywa w tym bezlitosna. No, więc się zbudziłem, pod nieswoim sufitem, w objęciach i oparach duszących, obcych zapachów. Bynajmniej nie w charakterze jej oseska. Ani też „Zielonego jabłuszka” . Nie, żebym jakoś żałował!

Niczego nie pamiętałem…Głowa z kamienia ciosanego. W gardle suchoty. Język jak kołek z drewna, pełny pakiet cierpień, czyli the day after.Totalna porażka, i gdzie ja jestem? Moja percepcja była ograniczona, ale dojrzałem jakieś drzwi, i usłyszałem za nimi nerwowe szepty. Słuch to ja zawsze miałem na medal! Jakiś ruch, gmeranie, dziwne odgłosy. Przeszeregowanie oddziału ratunkowego?

– Maciek? Jesteś tam?

– A bo co?- na tyle było mnie stać, chwilowo.

– Wyłaź!

Co za ulga. To Krzysiek, bratnia dusza pośrodku chaosu.

– Nooo? Jestem…- nie byłem wtedy elokwentny, za bardzo bolał mnie łeb.

– Ubieraj się, i spadamy!

Niesamowite! Skąd wiedział, że byłem nagi?

Bez żalu wykaraskałem się z objęć gościnnych, uśpionych i pochrapujących ramionek. Z niemałym trudem skompletowałem garderobę i założyłem na siebie, po kolei, jej poszczególne elementy. Co wcale nie było łatwe!

Niezwłocznie… Tak, to właściwe określenie. Niezwłocznie opuściliśmy przytulny lokal, w którym spędziliśmy noc. Mieszkanie bliżej nam nie znanych kobiet. Jak się okazało matki i córki. Prawie nie do odróżnienia… Z odległości.

– Krzysiek, co my tam…do jasnej? Bo nic nie pamiętam!

– Chłopie, dałeś popis! Wpierw piliśmy piwo w knajpie. Tak się narąbałeś, że zacząłeś biegać na czworakach i szczekać na ludzi! Ochrona interweniowała, i ciesz się, że cię nie zwinęli, bo było cienko. Próbowałeś się z nimi trzaskać, ale raczej teoretycznie, gdyż nie mogłeś ustać w pionie, a z poziomu nie sięgałeś. Pokaz żenady. Wiszisz mi trochę forsy, bo musiałem im dać w łapę, by przymknęli oko na wyczyny mojego zdolnego, młodszego kolegi. I na szczęście nie wezwali glin.

– A te młode fajne laski, które z nami siedziały?

– Zmyły się ekspresowo, jak zacząłeś dokazywać. W zamian dosiadły się inne, i u nich zacumowaliśmy.

– Ale… nie wierz, czy ja… Czy my…?- próbowałem złożyć do kupy sensowne pytanie.- O kur… ale się porobiło…

– Posrany jesteś, i to równo! Więcej z tobą nie piję!

Taa, pomyślałem, to było podsumowanie każdej durnej akcji, w której braliśmy udział. Takie nasze oswajanie głupoty. Nawiewy rozsądku? Więcej z tobą nie piję! I czy już wówczas używano określenia „posrany”?

Zwykle po przyjściu do domu wysłuchiwałem kazań ojca. Ile tych rozmów było? I zapewnień, że już nigdy? W dobrej wierze! Mimo wszystko, ojciec zachowywał stoicki spokój. Może wiedział, że awantury nic nie zmienią? Ciekawe skąd? Po latach stwierdził, że moje nawracanie nic nie dało, dopóki sam się nie ogarnąłem, nie dostrzegłem własnej głupoty, i nie zmądrzałem. Rzuciłem nawet palenie. Po pierwszym zawale…

– Tato?

Wróciłem do rzeczywistości. Zdaje się, że się jednak nieco zdrzemnąłem. I miałem sen. Młodość musi się wyszumieć. A starość odpocząć, i nabrać dystansu. Dysponujemy dobrymi genami, tylko potrzeba czasu, by się nauczyć, jak z nich korzystać. Mam żonę, dwoje dzieci, i będzie co wnukom opowiadać.

– Tato, no…sorry – plótł coś mój pierworodny – już nigdy się tak nie narąbię, obiecuję!

– Wiesz co?- przeciągnąłem się, aż mi gnaty strzeliły. – zrób ojcu kawkę!

– Ale wierzysz mi, prawda?

Uśmiechnąłem się, bardziej do siebie, niż do młodego.

Bo to nie jest zły chłopak. I ma moje geny. Zmądrzeje. Oby szybciej niż ja.

***

Ilustracja Pinterest