Dickens

 

Wieczorem pisałam przy świetle z klawiatury i ekranu laptopu, gdy nagle coś z chrzęstem wylądowało na moim policzku.

Otrząsnełam się, odruchowo strącając intruza. Kiedy mam szeroko otwarte drzwi od balkonu różne stwory mogą do mnie, nocą, nawiedzać.

Nie tylko ksieżyc w pełni zagląda.

Tym razem był to pasikonik, chodził po krawędzi kieliszka, a jego niewielka sylwetka balansowała rzucając cień na ścianę.

Liczyłam, że pobędzie i się wyniesie. Miał wyjście na balkon, wieć spokojnie poszłam spać.

Rano spostrzegłam go na suficie, nad kanapą. Zielony szarańczak, niewielki. Pasikonik zielony, grajek. Zielone są tylko młode osobniki.  Wyczytałam, że mają ciekawe zwyczaje godowe. Samiec przynosi samiczce pakunek, który ta zjada, żeby jego zachować przy życiu. Pakunek ten zwany spermatofiksem wytwarza jeden, w całym swoim życiu. Raz a dobrze! Ponoć większym wzięciem cieszą się duże samiczki, bo kochanego ciała nigdy za wiele! 

A przy okazji dowiedziałam się, że bzyczą tylko samce komarów, bo samiczki w tym czasie dzielnie spijają krew. Po cichu. Czyli zabijam tylko niewinnych facetów, a i tak jestem kąsana i pozbawiana krwi!

Zielone pasikoniki nie bzyczą, tylko strydulują! Wabią tak samiczki, które lądują im na grzbietach.

Pasikoniki według medycyny ludowej mogą leczyć kurzajki. Gryzą, bo mają silne żuwaczki, a potem należy natrzeć ranę wydzieliną obronną, jaką produkują. Mój zielony gość, nazwany Dickensem nie chciał mnie opuścić, siedział za dnia na balkonie, spróbował jabłka i w ogóle nie chciał odlecieć. W końcu wyrzuciłam go z balkonu na bratku z korytka. Pa pa, i lepiej nie wracaj.

Poszukaj samiczki Dickensie, bo żyjesz tylko 4 miesiace, o ile nie zje cię jakiś ptak.